O MNIE

Pamiętasz Pollyannę, jedenastoletnią bohaterkę powieści dla dziewcząt? Pollyanna bawiła się w zabawę w radość, której nauczył ją jej ojciec. W tej zabawie chodzi o to, żeby we wszystkim starać się znaleźć coś pozytywnego. Pewnego dnia czytałam "Pollyannę" po raz kolejny i nagle olśniło mnie - chcę tak jak ona bez przerwy bawić się w zadowolenie! Dzieli nas bardzo wiele, ale łączy najważniejsze: tak jak Pollyanna kocham życie niezależnie od tego, co niesie. 

1 stycznia 2014 postanowiłam, że ten rok będzie moim Rokiem Spełnionych Marzeń. Ten blog był właśnie jednym z nich. Miłej lektury!

P.S. Jeśli masz ochotę, możesz napisać do mnie: pannapollyannapisze@gmail.com

Znalezione obrazy dla zapytania pollyanna

Eleanor Hodgeman Porter "Pollyanna" (fragment książki)

- Nancy, masz mi natychmiast powiedzieć, co to za absurdalna "gra", o której paple całe miasto! I co ma z nią wspólnego moja siostrzenica? Dlaczego każdy, od Milly Snow do pani Payson, przesyła jej wiadomość, że grają w tę grę? Mam dziwne wrażenie, że połowa miasta nosi teraz niebieskie kokardy, przestała się kłócić albo nauczyła się lubić to, czego nie lubiła przedtem, i to wszystko za sprawą Pollyanny. Próbowałam sama ją o to pytać, ale niewiele się dowiedziałam, a nie chcę jej teraz denerwować... Ale z tego, co usłyszałam z waszej rozmowy wczoraj wieczór, domyślam się, że ty też w to grasz. Natychmiast mów, co to wszystko znaczy?

Nancy, ku zdumieniu i przerażeniu panny Polly, wybuchnęła płaczem.

- To znaczy, że od ubiegłego czerwca to kochane dziecko sprawiło, że całe miasto się cieszy, i teraz oni chcieliby sprawić, żeby ona się cieszyła... choć trochę.

- Z czego?

- Tak po prostu! To jest ta gra.

Panna Polly tupnęła nogą.

- Mówisz jak oni. Jaka gra?

Nancy uniosła głowę. Spojrzała prosto w oczy swej pani.

- Powiem pani. Tej gry nauczył panienkę Pollyannę jej ojciec. Dostała kiedyś parę drewnianych kul ze zbiórki kościelnej, kiedy strasznie chciała dostać lalkę. I oczywiście płakała, jak to dziecko. Wtedy ojciec powiedział jej, że w każdej rzeczy można znaleźć coś, z czego można się cieszyć, i żeby się ucieszyła z tych kul.

- Z kul!!! - panna Polly musiała powstrzymać łzy na myśl o tych małych, bezwładnych nóżkach, tam w łóżku na górze.

- Tak, proszę pani, ja też tak mówiłam, a panienka rzekła, że ona powiedziała to samo. I wtedy jej ojciec odparł, że może się cieszyć, bo... ona ich nie potrzebuje.

- Oooch! - wykrzyknęła panna Polly.

- Mówiła, że potem to już stale grali w... znajdywanie w każdej rzeczy czegoś, z czego można się cieszyć. Mówiła też, że każdy może w to grać... że skoro ktoś nie może mieć lalki, to powinien się cieszyć, że dostał kule, których przecież nie potrzebuje. Nazwała to grą w to, żeby się po prostu cieszyć. Gra w nią od tamtej pory.

- Ale jak... jak... - panna Polly umilkła bezradnie.

- Ach, nie uwierzyłaby pani, jak cudnie to działa - ciągnęła Nancy z zapałem, niemal równym zapałowi Pollyanny. - Nawet nie wiem, jak pani powiedzieć, ile dobrego zrobiła dla mojej mamy i rodziny. Była u nas dwa razy, wraz ze mną. Dzięki niej o wiele łatwiej było mi znieść różne małe i wielkie przykrości. Na przykład moje imię już tak bardzo mnie nie drażni, odkąd mi powiedziała, że mogę się cieszyć, bo mi nie dali na imię Hephzibah. Nie cierpiałam też poniedziałkowego ranka, a teraz lubię.

- Lubisz... poniedziałkowy ranek?

Nancy roześmiała się.

- Wiem, że pani myśli, że mi odbiło. Ale zaraz pani to wyjaśnię. Ta kruszynka zauważyła, że nie znoszę poniedziałkowego ranka, i co zrobiła któregoś dnia? Mówi tak: "Wiesz, Nancy, myślę, że w poniedziałek możesz się cieszyć bardziej niż każdego innego dnia, bo masz przed sobą aż tydzień do następnego poniedziałku"! I żebym tak nie dożyła jutra, jeżeli sobie tego nie powtarzam w poniedziałkowe ranki i to pomaga. Naprawdę, proszę pani. Za każdym razem, jak sobie o tym pomyślę, to się śmieję, a śmiech pomaga, och, jak bardzo pomaga!

- Ale dlaczego... mnie nie powiedziała o tej... grze? - wyjąkała panna Polly. - Czemu robiła z tego taką tajemnicę, kiedy ją pytałam?

Nancy zawahała się.

- Proszę nie mieć mi za złe, ale... zakazała jej pani mówić...o ojcu, więc nie była w stanie nic powiedzieć. To on wymyślił tę grę.

Panna Polly zagryzła wargi.

- Od samego początku chciała pani o tym opowiedzieć - trochę niepewnie ciągnęła Nancy. - Chciała mieć kogoś, z kim mogłaby w to grać, wie pani? I dlatego ja zaczęłam... żeby kogoś miała.

- A... a ci... inni? - spytała panna Polly drżącym głosem.

- Och, teraz to już prawie wszyscy grają. Tak w każdym razie mi się zdaje z tego, co słyszę, gdzie tylko pójdę. Oczywiście było tak, że ona wszystko zaczynała, a oni sobie dopowiadali resztę. Potem to już szło. Zawsze się uśmiechała i była miła dla każdego... ludzie musieli to odczuć. Więc teraz, po tym wypadku, wszystkim jest ciężko na duszy... zwłaszcza kiedy słyszą, jak jej źle, bo nie potrafi znaleźć sobie powodu do radości. No, i przychodzą codziennie, żeby jej powiedzieć, ile im dała szczęścia, bo wierzą, że jej to pomoże. Wie pani, ona marzyła, żeby wszyscy z nią grali.

- Ja... chyba znam kogoś, kto teraz będzie z nią grał - głosem zdławionym łkaniem powiedziała panna Polly, odwracając się i wychodząc z kuchni.

Nancy osłupiała z wrażenia.

- No, teraz to już we wszystko uwierzę... we wszystko - mamrotała do siebie. - Nic mnie już nie zdziwi, nic, nic... och, panno Polly!

Nieco później, kiedy pielęgniarka wyszła z pokoju, Pollyanna została sam na sam z ciotką.

- Wiesz, kochanie, dzisiaj odwiedził cię ktoś jeszcze - oznajmiła panna Polly tonem, który miał zabrzmieć spokojnie, ale nie zabrzmiał.

- Pamiętasz panią Payson?

- Panią Payson? No pewnie! Mieszka po drodze do pana Pendletona i ma prześliczną trzyletnią córeczkę i jeszcze synka najwyżej pięcioletniego. Jest strasznie miła, jej mąż także... Tylko że chyba oni sami o tym nie wiedzą. Czasem się okropnie kłócą... to znaczy nie całkiem się zgadzają. Mówią też, że są biedni i oczywiście nigdy nic nie dostają ze zbiórek, bo pan Payson nie jest pastorem tak jak... No, po prostu nie jest pastorem.

Pollyanna zarumieniła się lekko i w tej samej chwili zaróżowiły się policzki panny Polly.

- Ale ona czasem nosi bardzo ładne sukienki, choć są tacy biedni - podjęła Pollyanna z pośpiechem. - Ma też przepiękne pierścionki z brylantami, rubinami i szmaragdami, ale ciągle mówi, że o jeden za dużo, więc go wyrzuci i weźmie rozwód. Co to jest rozwód, ciociu? Boję się, że to nic przyjemnego, bo kiedy o tym mówi, jest jakaś smutna. Powiedziała, że kiedy go dostanie, to nie będą już tu mieszkali; że pan Payson wyjedzie, a dzieci pewnie też. Ale ja myślę, że powinni zatrzymać ten pierścionek, choć mają ich tak dużo. Jak sądzisz, ciociu? I co to jest rozwód?

- Oni nie wyjadą - powiedziała szybko panna Polly, żeby uniknąć odpowiedzi. - Zostaną tu razem.

- Och, tak się cieszę! Więc będą tu, kiedy wstanę, by ich zobaczyć... O Boże! - urwała z rozpaczą. - Ciociu Polly, dlaczego ciągle zapominam, że już nie będę chodzić i że już nigdy, nigdy nie będę mogła pójść do pana Pendletona?

- Cicho, cicho, kochanie - zdławionym głosem powiedziała panna Polly. - Myślę, że będziesz mogła pojechać. Ale posłuchaj: nie skończyłam ci jeszcze opowiadać o pani Payson. Kazała ci powiedzieć, że postanowili zostać razem i grać w tę grę, tak jak chciałaś.

Pollyanna uśmiechnęła się przez łzy.

- Naprawdę? Naprawdę będą razem? Och, jak się cieszę!

- Chciała cię ucieszyć i dlatego właśnie prosiła, żeby ci to przekazać.

Pollyanna z niepokojem spojrzała na ciotkę.

- Jak to, ciociu? Mówisz tak, jakbyś... wiedziała. Czy ty wiesz o grze, ciociu?

- Tak, kochanie - panna Polly starała się mówić rzeczowym tonem, ale jej głos zabrzmiał prawie wesoło. - Nancy mi powiedziała. Myślę, że to piękna gra. Będę w nią grała... z tobą.

- Och, ciociu Polly... ty? Jak się cieszę! Wiesz, przez cały czas najbardziej chciałam grać właśnie z tobą!

Panna Polly głośno wciągnęła oddech. Tym razem jeszcze trudniej było jej odpowiedzieć pewnym głosem.

- Tak, kochanie, i są też ci wszyscy inni. Jak to, Pollyanno, przecież całe miasto gra teraz z tobą w tę grę... nawet pastor. Nie zdążyłam ci jeszcze powiedzieć, ale dzisiaj rano, kiedy byłam w mieście, spotkałam pastora Forda. Prosił, żebym ci powtórzyła, że jak tylko będziesz mogła go zobaczyć, przyjdzie, aby ci powiedzieć, że stale się cieszy z tych ośmiuset "radujących tekstów", o których mu mówiłaś. Widzisz, kochanie, to twoja zasługa - całe miasto gra w tę grę i całe miasto jest o wiele, wiele szczęśliwsze... to wszystko za sprawą pewnej dziewczynki, która nauczyła ludzi nowej gry i tego, jak w nią grać.

Pollyanna klasnęła w dłonie.


- Och, jak się strasznie cieszę! - zawołała i nagle jej buzia rozpromieniła się. - Ciociu Polly, więc jednak jest coś, z czego mogę się cieszyć. Mogę się cieszyć, że miałam nogi, bo bez nich nigdy by mi się to nie udało! 


Jeszcze więcej z życia Panny Pollyanny znajdziesz na instagramie @pannapollyannaa