poniedziałek, 30 czerwca 2014

"Fartowny pech", czyli wszystko się dobrze kończy

Z podziękowaniami dla Piotra, który potwierdził moją teorię, że nasz świat zamieszkują przede wszystkim dobrzy ludzie.



Czy byłeś kiedyś w takiej sytuacji, że najpierw wszystko wyglądało bardzo źle a na końcu wszystko dobrze się skończyło? Albo - wydawało Ci się, że spotkało Cię nieszczęście, no pech po prostu, a patrząc na to z perspektywy czasu dziś wiesz, że po prostu to było najlepsze, co Ci się mogło zdarzyć? A może kiedyś podjąłeś złą decyzję, która tak na prawdę zaprowadziła Cię w dobre miejsce? Jeśli na którekolwiek z tych pytań odpowiedziałeś twierdząco, to... witaj w klubie. W zasadzie nigdy się nad tym nie zastanawiałam - ile w moim życiu było takich sytuacji. Aż do dnia, kiedy na jednym z blogów trafiłam na konkurs, który obudził we mnie chęć opowiedzenia swojej historii sprzed lat. Zadanie konkursowe brzmiało: "Kiedy w życiu spotkał mnie największy pech i jak wpłynął na dalsze moje losy?" Oho, pomyślałam, to idealny temat dla Panny Pollyanny. Czas pokazać ludziom, że pech może się przerodzić w coś bardzo, bardzo pozytywnego! Opisałam swoją historię, która brzmi następującą:
"Kiedy miałam 16 lat, pojechałam pociągiem na weekend do kuzynki. Wyjechałam w sobotę rano i podczas podróży ucięłam sobie miłą pogawędkę z panem konduktorem. Czekając w niedzielę wieczorem na pociąg powrotny, postanowiłam zrobić porządki w torebce. Wyrzuciłam stare rachunki, świstki z notatkami, stary bilet w tamtą stronę - wszystkie niepotrzebne śmieci. Wsiadłam do pociągu, znalazłam niezatłoczony przedział i zatopiłam się w lekturze. Po pewnym czasie przyszedł pan konduktor sprawdzać bilety, ten sam co dzień wcześniej, zapytał jak mi się udał weekend u kuzynki, wziął mój bilet i ze śmiechem powiedział: "Ależ Pani daje mi bilet nie w tą stronę, to jest ten wczorajszy". Zrobiło mi się słabo, bo przecież stary bilet WYRZUCIŁAM na dworcu. Powiedziałam konduktorowi jak wygląda sytuacja, że wyrzuciłam nie ten bilet co trzeba i właściwego nie mam. Myślałam, że zapadnę się pod ziemię ze wstydu i oczami szesnastoletniej wyobraźni widziałam jak jestem wyrzucana z pociągu albo w najlepszym razie wysadzana na najbliższej stacji. Pan mi uwierzył i bardzo się zmartwił, bo widział mój zrozpaczony wzrok. Powiedział, że rozumie, że wypisze mi nowy bilet bez opłaty manipulacyjnej. Tyle tylko, że ja jako szesnastoletnie dziewczę w portfelu miałam jakieś 20 zł, które zupełnie nie wystarczało na bilet. Wstyd straszny, rumieniec i rozpacz (wiecie jak się przeżywa takie rzeczy będąc nastolatkiem). Siedzący na przeciwko mnie chłopak powiedział, że zapłaci za mnie i tak zrobił. Wzięłam od niego adres i następnego dnia odesłałam mu przelewem pieniądze. On wysłał mi kartę z pozdrowieniami. Ja odpisałam. I kilka miesięcy później byliśmy już razem na moich szkolnych "połowinkach". Został moim najlepszym kolegą, spędziliśmy razem wiele fajnych i miłych chwil i do dziś wspominam tę przygodę z rozrzewnieniem. Potem nasz kontakt się urwał, Krzysztof wyjechał do pracy za granicę i nie wiem, co dziś się z nim dzieje. Ale nigdy nie zapomnę tego jak uratował mnie szesnastoletnią przed śmiercią ze wstydu :)"

Tak między nami mówiąc w zasadzie nie wiem czy to był największy pech w moim życiu, ale ta sytuacja przyszła mi do głowy jako pierwsza i pasowała do zasady "wszystko się dobrze skończy". W nagrodę za swoją historię dostałam najnowszą książkę Olgi Rudnickiej "Fartowny pech" - świetny tytuł, nie sądzisz? Poza tytułem, książka ma też inne atuty! :) Jeśli znasz inne książki tej autorki (np. moją ulubioną "Natalii pięć") to wiesz czego się można spodziewać. Jeśli nie to spieszę Ci donieść, że książkę czyta się błyskawicznie, ze śmiechem na ustach i wypiekami na policzkach. Świat wielkich pieniędzy (nie zawsze, a może lepiej powiedzieć - rzadko zarobionych uczciwie), miłość wybuchająca w nieoczekiwanych momentach, szybkie zwroty akcji i pech, pech i jeszcze raz pech - co prawda fartowny, ale jednak. Brawo dla autorki za pomysł na tę historię, za umiejscowienie akcji na wsi (Paszcze - co za cudowna nazwa!), za barwne postaci (pani na poczcie rozmawiająca ze swoimi sąsiadkami przez telefon - to wręcz arcydzieło). Jeśli macie przed sobą jakąś długą podróż to koniecznie weźcie na drogę "Fartowny pech", czas minie jak z bicza strzelił. Jeśli masz ochotę pośmiać się i poczuć dreszczyk emocji - leć do księgarni. Warto, warto i jeszcze raz - warto! Nie wiem, czy widziałeś już jak Steve Jobs opowiada o swoim pechu w życiu i o tym, co z tego wynikło, jeśli nie, to zajrzyj tu.
P.S. Bardzo dziękuję wydawnictwu Prószyński i S-ka za przesłanie mi tej nagrody!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Jeszcze więcej z życia Panny Pollyanny znajdziesz na instagramie @pannapollyannaa